sobota, 16 stycznia 2016

10||"Czy zasługuje, żeby darzyć anioła jakimkolwiek uczuciem?"


Ukrywamy się za zamkniętymi drzwiami
Za każdym razem, gdy Cię widzę, umieram po trochu
Skradnięte momenty, które kradniemy za opadniętą kurtyną
To nigdy nie będzie wystarczająco
Louis usiadł na prowizorycznym łóżku i zdjął okulary. Wierzchem dłoni przetarł zmęczoną twarz, cicho wzdychając. Na swoich ustach wciąż czuł dotyk warg Nanette. To wszystko zdarzyło się zaledwie godzinę temu. Siedziała na jego kolanach, przesuwała drobnymi dłońmi po ramionach. Chwila mogłaby trwać wieczność, nie chciał jej przerywać. Anioł muskał jego wargi z ogromną subtelnością, by później wplątać palce we włosy Louisa i przerobić pocałunek w namiętną pieszczotę. Co czuł? Zachwyt przejmował kontrolę nad jego umysłem, szczęście emanowało z każdej cząsteczki ciała. Zawsze marzył i pragnął tego, bo nikt nie mógł mu zabronić, a dziś każde życzenie spełniło się. Chciałby powtórki, chciałby jeszcze raz poczuć smak idealnych czuć pięknej dziewczyny, która z łatwością zawróciła mu  w głowie, lecz nigdy nie należał do ludzi zachłannych. Jak to banalnie brzmiało. Zachwyt nad innym człowiekiem? Był możliwy, a dla Louisa zaszczytem było przebywanie z Nan. Onieśmielała go, pobudzała wyobraźnie, działała kojąco, niczym dotyk osoby bliższej niż się może zdawać. Nie mówił głośno o swoich uczuciach, skrywał je w sercu. Jeśli do końca swoich dni miał rozpamiętywać tylko ten jeden, wspaniały pocałunek, zamierzał to robić.
Uśmiechnął się pod nosem i rozpiął guziki koszuli. Zdjął ją z ramion i zamrugał. Ciemność męczyła go na co dzień, lecz dziś nic nie było w stanie go przygnębić. Podniósł się i wolnym krokiem wszedł do salonu. Jak zwykle potknął się o krzesło. Upadło z hukiem na podłogę, a on jęknął głośno, czując jak ból promieniuje od piszczela. Rozmasował uderzone miejsce i wyciągnął rękę, ustawił krzesło na miejsce i na jego oparciu rozwiesił granatową koszulę.
Do domu odwiózł go Joseph, więc nie było specjalnego pożegnania z Nan. Nie czuli się komfortowo przy kimś innym. Zwłaszcza Louis. Wszystko mogło się jeszcze zmienić. Na szczęście, pomyślał, umówiliśmy się na kolejne spotkanie za dwa dni. W środę znów miał ją zobaczyć, a sama myśl napawała go większą euforią. Nie mógł się doczekać. Zdecydowanie spodobała mu się wizyta w domu Nanette. Jej tata, z którym mógł porozmawiać tylko chwilę, wydawał się być miłym facetem, a Lou czuł, że Nan była do niego podobna. Naprawdę żałował, że nie mógł tego wszystkiego zobaczyć na własne oczy. Wiele rzeczy go omijało, nie widział szczegółów. Ratowała go bardzo dobrze rozwinięta wyobraźnia. To oczywiście za sprawą czytania. Dzięki temu w głowie co chwila pojawiały mu się kolejne obrazy. Czytanie z Nan sprawiało mu przyjemność, niczym intymne doznanie. Głos dziewczyny uspokajał go, był taki dźwięczny i subtelny, zarazem sensualny. Na samo wspomnienie wzdychał i uśmiechał się. Och, robił to non – stop. Cóż mógł zrobić? Gdy człowiek jest szczęśliwy, bardzo trudno jest to ukryć.
Przysunął krzesło do stołu i odwrócił się. Wolno udał się do pokoju, gdzie czekało na niego pianino. Usiadł na krześle, układając dłonie na klawiaturze. Zmarszczył brwi i starał sobie przypomnieć słyszaną dziś melodię, kiedy wszedł do domu Nanette. Zanucił ją, a był osobą o dobrym słuchu muzycznym, choć chyba nie miał o tym pojęcia, i naciskał klawisze do tego momentu, aż trafił w odpowiedni. Może jakaś niewidzialna siła prowadziła jego dłonie, a może po prostu miał szczęście. Trudno to wytłumaczyć, ale nie zastanawiał się nad tym, próbował dalej. Udało mu się zidentyfikować kolejne trzy dźwięki. Pracował nadgarstkiem, naciskając ciągle te same klawisze, by nauczyć się ich położenia na klawiaturze. Uśmiechał się jak mały chłopiec, który dostał ukochany prezent. Próbował raz za razem. Gra sprawiała mu radość, choć dopiero się uczył. Żył z zamkniętymi oczami, ale mrok rozświetlała mu muzyka i Nanette. Czy mógł zatrzymać obie radości? Czy zasługuje, żeby darzyć anioła jakimkolwiek uczuciem? 
– Hello, it’s me… – zaśpiewał cicho. – I was wondering if after all these years you’d like to meet. [1]
Kołysał się, wciąż grając te same dźwięki. Nie pamiętał kolejnych słów, ale zamierzał zapytać Nan o tę piosenkę. Chciał. Po prostu chciał się tego nauczyć, a od zawsze miał silną wolę. Louis się nie poddawał.
***
Nanette zapukała do drzwi i zerknęła na zegarek. Było przed ósmą. Na zajęcia mogła nie iść, nie odniesie wielkiej straty, a do pracy spokojnie zdąży – pomyślała. Musiała załatwić ważną sprawę i właśnie dlatego budziła teraz Louisa, jeszcze raz pukając w drzwi. Wiedziała, że był w domu, bo Diego dopiero otwierał kawiarnię, a Louis pojawiał się tam około dziewiątej.
Usłyszała kroki i przekręcenie zamka. Uśmiechnęła się. Nareszcie.
– Cześć – rzuciła wesoło, przygryzając dolną wargę, gdy tylko zobaczyła zaspanego chłopaka, stojącego przed nią w spodniach dresowych i bluzie. Włosy Lou były w kompletnym nieładzie i wiedziała, że dopiero co przeczesał je palcami. Zdążył wsunąć na nos okulary.
– Nan? – zmarszczył brwi i wyglądał na zdziwionego. – Co tu robisz tak wcześnie?
– Mam małą niespodziankę – ucałowała go w policzek. – Poczekaj, proszę – dodała i zeszła na dół, zostawiając zaskoczonego chłopaka na klatce schodowej.
Wyszła na zewnątrz, a mocny wiatr rozwiał jej włosy. Odgarnęła je z twarzy, by coś widzieć. Mimo słońca, było dzisiaj chłodno, więc zabrała ze sobą skórzane rękawiczki. Miała bardzo wrażliwe dłonie i szybko siekały się na mrozie.
Przy krawędzi ulicy stał czarny mercedes, którym przyjechała z Josephem. Natomiast tuż obok auta zaparkowała średniej wielkości ciężarówka z logo sklepu meblowego.
– Proszę wnosić – poinformowała kierowcę.
– Tak jest, szefowo. Fredrico, idziemy – mężczyzna w wieku około trzydziestu lat, w jeansowych spodniach i czarnej kurtce, wyskoczył z akuszerki i zwrócił się do kolegi, siedzącego na miejscu pasażera.
Obydwoje ruszyli do bagażnika, a Nan przytrzymała zniszczone drzwi od klatki, by ułatwić pracownikom wniesienie granatowej kanapy, owiniętej w folię. Pokierowała ich do mieszkania. Nie mieli problemu z wejściem, korytarze nie było wąskie, a na schodach się wyrabiali. Drzwi również były odpowiedniej wielkości i wnieśli mebel do środka.
Louis stał w kuchni, napełniając czajnik wodą. Wyczuł kran i zakręcił kurek. W tym samym momencie usłyszał huk stawiania czegoś na podłodze. Pośpiesznie odstawił czajnik na gaz, włączył palnik i ostrożnie wyszedł z pomieszczenia.
– Bardzo dziękuję – głos Nanette dobiegł do jego uszu. Mówiła do kogoś, czyli nie byli sami. Poczuł niepewność, nie wiedząc co się dzieje w mieszkaniu.
– Nie ma sprawy, szefowo. Proszę podpisać – kolejny głos. Tym razem męski, nieznany Louisowi.
Potarł ręce o spodnie, denerwował się. Nie widział i to wprowadzało go w taki stan. Co się mogło stać? Kim był ten mężczyzna? Trzask drzwi otrzeźwił go i tym samym oznajmił, że zostali sami. Przeczesał włosy palcami, marszcząc brwi. Nan zachichotała, rozpoznając jego nerwowe gesty.
– Chodź – chwyciła go za rękę, prowadząc do sypialni.
– Co się dzieje, Nanette? Kto tu był? – spytał, a ona od razu wyczuła napięcie w jego głosie. Denerwował się, lecz zupełnie niepotrzebnie. Wiedziała dlaczego. Każdy dzień był dla Louisa niepewnością. Był uchodźcą z Anglii, nie mieszkał tutaj legalnie i tym zamierzała się zająć już niedługo. Nikt nie powiedział, że go odeślą. Sama nie rozumiała dlaczego od razu nie zgłosił się do odpowiedniego urzędu. Posiadał dokumenty, ale jego adres zamieszkania znajdował się w Wielkiej Brytanii, do której zapewne nie chciał wracać. Musiał zacząć istnieć, nie mógł wciąż się ukrywać. To był jej kolejny priorytet.
– Nan? – powtórzył. – Powiedz mi.
– Wybacz – puściła jego dłoń. – Zamyśliłam się. Spróbuj usiąść, dobrze?
– Usiąść? – zdziwił się. – A ty spróbuj nie ignorować moich pytań, co? – mruknął i wybadał dłońmi otoczenie. Poczuł miękkie poduszki, lecz nie leżały one na podłodze. Było dużo wyżej. – Łóżko?
– Kanapa – pomogła mu zająć miejsce i przysiadła na oparciu mebla. – Rozłożę ją, byś nie musiał tego robić. Nie będziesz więcej sypiał na podłodze – wbiła wzrok w swoje pomalowane na czerwone paznokcie, czując ukłucie w okolicach serca. – Jest granatowa. Wiesz, taka jak burzowe niebo. Powinna ci się spodobać – zerknęła na niego i uniosła dłoń, żeby dotknąć jego policzka. – Jest wygodna, kochany. Ale to nie koniec. Mam jeszcze jedną propozycję. Propozycję nie do odrzucenia.
– Jaką? – złapał jej rękę i splótł ich palce. Przyjemny dreszcz przeszedł przez jego ciało. Nan zauważyła, że się rumieni i uśmiechnęła się. 
– Zabieram cię do filharmonii. Dzisiaj wieczorem.
– Filharmonii? Na koncert? – podekscytowania w jego głosie nie dało się ukryć. Poczuł się jak dziecko, dostające prezent na gwiazdkę.
– Tak, Lou. Na cudowny koncert – pocałowała go w policzek. – Będę około dwudziestej. Hm, wiem, że nie masz zegarka. Muszę załatwić ci telefon. Będzie przystosowany dla ciebie. Jakoś. Chyba. Muszę już iść. Diego zaraz przyjedzie. Zabierze cię do kawiarni.
– Nie zasługuję na tak wspaniałych przyjaciół – szepnął cicho.
– Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz – ścisnęła jego dłoń i wstała.
~*~


Nanette przeczesała palcami długie włosy, patrząc na siebie w odbiciu dużego lustra. Na policzki wkradł się rumieniec, a oczy błyszczały, wydając się radosne. Dotknęła szyi, na której zawiesiła złoty łańcuszek. Promieniała i miała wrażenie, że choć dzień dobiega końca, ona odzyskuje energię. Świadomość, że spędzi miły wieczór z Louisem zdecydowanie poprawiała jej humor. 
Odwróciła się i zdjęła pudrowo różową suknię z drzwiczek szafy, którą wcześniej tam zawiesiła, by materiał nie uległ pognieceniu. Zaczęła się ubierać. Jedwabna suknia spływała po jej kruchym ciele. Wcięcie dekoltu obnażało miejsce między piersiami.
– Mogę? – Usłyszała wpierw skrzypienie drzwi, później pytanie ojca.
– Oczywiście – uśmiechnęła się, odgarniając welon włosów z ramion na plecy.
– Pięknie wyglądasz, ale sama doskonale o tym wiesz – Julian spojrzał na nią z dumą, kierując się spokojnym krokiem w stronę wysokiego łóżka, stojącego naprzeciwko sporej garderoby, ukrytej za przesuwanymi drzwiami. Przysiadł na miękkim materacu i potarł palcami skroń.
– Ależ dziękuję – Nan spojrzała na niego podejrzliwie. – Coś się stało?
Pokręcił głową i podrapał się po brodzie.
– Nic, kochanie. Chcę powiedzieć, że jestem dumny z mojej córki. Masz dużo na głowie, ale nie zapominasz, że czasem trzeba wyciągnąć do kogoś pomocną dłoń – westchnął. – Ludzie gonią czas, nie zwracają uwagi na innych. Louis, tak? Jest szczęściarzem. Wiem co mówię. Poznając go wczoraj zyskałem do niego pewne zaufanie, może nie całkowite, bo za mało czasu rozmawialiśmy, ale nie trzeba być znawcą, by widzieć, że jest w ciebie zapatrzony. To znaczy… Zapatrzony sercem. Rozumiesz? – spojrzał na córkę, która objęła się ramionami, analizując każde jego słowo.
– Chyba rozumiem, tato – odezwała się w końcu, wpatrzona w okno, za którym ciemność pochłaniała miasto. – Ale ja będę na razie czekać.
– Tak, ale on wygląda na chłopaka, w którym wciąż tkwi nadzieja. Myślą, że bycie niewidomym to bardzo duży ciężar. Nie widziałem w nim zmartwienia. Wiesz jak długo z tym walczy?
– Od niedawna – przeniosła wzrok na ojca. – Od niedawna jest niewidomy i uczy się z tym żyć. Każdy jego krok bez niczyjej pomocy to postęp. Nie mam pojęcia jak mocną trzeba mieć psychikę, by przeżyć nagle taką sytuację.
– Nawet niewidomy może być szczerze szczęśliwy – uśmiechnął się do niej.
Nanette wpatrywała się w tatę przed dłuższy czas. Powtarzała w głowie jego ostatnie słowa, które zrobiły na niej największe wrażenie. Ojciec miał tendencje do chowania w sobie opinii na temat innych. Była zaskoczona, ponieważ nie znał Louisa zbyt długo, tudzież jeden dzień, a tak dobrze umiał go ocenić.
– Kocham cię, tato – kiwnęła głową i przysiadła obok mężczyzny, uważając na suknię. – Za to, że jesteś i wiesz kiedy, co powiedzieć. Chciałbym, abyś mi pomógł.
– Zrobię wszystko – uśmiechnął się, a w kącikach jego oczu pojawiły się zmarszczki. – Czym mogę służyć?
– Tato, przestań – zaśmiała się. – Widzisz, chodzi o dokumenty. Louis ich potrzebuje. Nie jest zamodelowany, nie ma żadnych praw. Po prostu nie istnieje jako obywatel Hiszpanii – wyznała wiedząc, że do ojca może mieć nieskończone zaufanie. Nigdy jej nie zawiódł. To duży powód.
Pan Elvador potarł palcami podbródek, zamyślając się. Była pewna, że już zgodził się pomóc. Teraz wyglądał tak, jakby myślał nad rozwiązaniem.
– Więc potrzebuję jego wcześniejszych dokumentów – stwierdził po chwili i wstał.
– Załatwię – przytaknęła, czując ulgę. Kolejna sprawa, która mogła ułatwić życie Lou. – Dziękuję, tato.
– Ależ nie ma za co. Miło wieczoru w towarzystwie Louisa i pięknej muzyki – pochylił się i ucałował córkę w czoło.
Uśmiechała się, patrząc jak ojciec opuszcza pokój. Och tak. Zdecydowanie to będzie udany wieczór. Z tym przeczuciem dokończyła się szykować.





[1] Adele – Hello.

Witam na dziesiątym rozdziale. Trochę mi smutno, ponieważ tak was dużo, a tak mało komentarzy. Wolałabym, abyście pisali, co sądzicie. Chcę zrozumieć wasze poglądy, chcę znać wasze opinie. Proszę?

7 komentarzy:

  1. Świetny rozdział!
    Nadal przeżywam ten pocałunek xd
    Cudownie, że tata Nan polubił Lou. Fajnie, że chcą mu pomóc z tymi papierami :)
    Wspólne czytanie, filharmonia... Nan i Lou >>>>>
    Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału :)
    /@zosia_official

    OdpowiedzUsuń
  2. Prawie się popłakałam, nie wiem czemu ;p
    Cudowny <3
    Świetnie piszesz ^^
    Czekam na kolejny :D
    /@Hi_Daisy12

    OdpowiedzUsuń
  3. Awwww jak to cudowne po prostu aż chce się płakać uwielbiam to *___*

    OdpowiedzUsuń
  4. Już wiem po co im kanapa :D
    Ciekawe czy Lou zdecyduję się dotknąć Nan żeby poczuć jak wygląda :)

    Super rozdział i opowiadanie ale żeby mieć czytelników i komentatorów to musisz dodawać częściej rozdziały ;)
    Karola

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dawno nie widziałam tak cudnego opowiadania <3 bardzo mi się podoba. Czułam na sobie każdą emocję, którą opisałaś. Masz talent. Po prostu zazdroszczę xD 
    Opisy i dialogi są na bardzo wysokim poziomie, ale nie tracą swojej ludzkości*, co mi się bardzo podoba. 
    - Sagiri

    OdpowiedzUsuń