czwartek, 29 października 2015

05|| "Jego oczy przepełnione były szczerością i dziwnym podziwem"

Kobieta nie powinna być gorsza od anioła, mężczyzna zaś tylko trochę lepszy od diabła.
Szum wody, kaskadą spływającej z wodospadu, śpiewa ptaków i szelest liści, rozchodził się po beżowym pomieszczeniu. Relaksacyjna muzyka koiła nerwy, uspokajała i wyciszała. Przyjemne dźwięki dochodziły do uszu Nanette, która leżała na wygodnym, automatycznym fotelu, rytmicznie masowana.
Od razu po śniadaniu udała się do SPA, tak samo jak co miesiąc umawiała się w pierwszą sobotę. Dbała o siebie i tego nie ukrywała. Nie była lepsza od innych, po prostu miała możliwości i z nich korzystała. Wciąż była jedynie człowiekiem. Najbardziej lubiła masaże, gdzie odprężała się w zupełności i mogła spokojnie pomyśleć. Chociaż nie wybrzydzała, kiedy młoda kosmetyczka pielęgnowała jej dłonie i paznokcie. Czuła się zdecydowanie lepiej. Wszystkie zabiegi trwały trzy godziny, a Nan była całkowicie odprężona. Po długiej solnej kąpieli, Nanette udała się do szatni. Miała jeszcze trochę czasu, a później umówiła się ze znajomymi w kawiarni. Na uczelni utrzymywała dobre kontakty z innymi studentami, nie chcąc być samotna. Czasem dobrze było wyrwać się ze szpon codzienności i monotonni wraz z towarzystwem. Nan była lubiana, jej śmiech był zaraźliwy, tak samo jak, pogodny styl bycia. Przy tej radosnej dziewczynie każdy się rozluźniał.
Ale jak to w bajkach bywa, znalazły się też te zazdrosne i zawistne koleżanki. Miała powodzenie u chłopaków, nie dało się ukryć, za to, jakby w ogóle ich nie zauważała. Nie zwracała uwagi na ich zaloty – to tylko pozory – myślały. Nie wiedziały, jak bardzo się myliły. Nie miały pojęcia, że Nan zostawia im wolną drogę do chłopaków. Tylko ci nie za bardzo byli zainteresowani, ale to już inna sprawa. Panna Elvador była spostrzegawczą osobą, umiała poznać zamiary i nastawienie drugiego człowieka w niedługim czasie znajomości. Dlatego tak łatwo wybierała osoby, z którymi miała ochotę spędzać czas i nawzajem, Nie potrzebowała nieszczerych, zakłamanych ludzi. Świat i tak był oszustem i otaczał każdego dookoła. Chciała prawdziwej przyjaźni, prawdziwej miłości, ale na to nadejdzie czas. Była młoda, a przed nią całe życie, którego nie zamierzała zmarnować. Kiedyś ktoś mądrze powiedział, że życie to gra, wyścig i z góry jesteśmy przegranymi. Bierzemy udział w tej rywalizacji, nie mając innego wyboru. To od nas zależy jak zagramy i jak przegramy. Szczęśliwie, czy nie?
Podsumowując życie Nanette, była szczęśliwa, lecz nieco samotna. Nie chciała stawać na drodze przeznaczeniu. Ono gdzieś czekało. Jak napisał Zafon, którego uwielbiała „Przeznacze­nie zaz­wyczaj cze­ka tuż za ro­giem. Jak­by było kie­szon­kowcem, dziwką al­bo sprzedawcą losów na lo­terię: to je­go naj­częstsze wciele­nia. Do drzwi nasze­go do­mu nig­dy nie za­puka. Trze­ba za nim ruszyć.”
***
Szła rynkiem miasta, mijając ludzi, którzy wracali do domu, zmęczeni po długim dniu w pracy. Słońce chowało się za zabytkowymi, katalońskimi budynkami, żegnając się ostatnimi promykami. Delikatny wiatr kołysał namiotami straganów, które stały w kręgu na placu Santa Catelina. Czerwono białe, granatowo czarne paski zlewały się w jedność. Sklepikarze powinni kończyć już pracę, ale dobrze wiedzieli, że ludzie dopiero powracają do domu. Przy okazji robili zakupy, wpychając do wiklinowych koszyków świeże owoce, czy warzywa. Na ogromnych skrzyniach piętrzyły się jabłka, które wołały Nanette do siebie. Poprawiając torebkę na przed ramieniu, ruszyła w stronę jednego ze straganów. Chyba nie umiała sobie odmówić. Nie robiła zakupów, bo o to dbała kucharka, ale zawsze mogła kupić coś dla siebie.
– Dzień dobry, panienko – mężczyzna z czarnym wąsem w białym fartuchu uśmiechnął się i założył pomarańczowy bezrękawnik. – Nasze jabłka są najsłodsze. Sprowadzone z Polski.
– Właśnie o nich myślałam – posłała mu uśmiech, wyjmując z torebki portfel. – Poproszę kilogram.
– Już, panienko – sklepikarz zważył kilka jabłek i włożył je do podwójnej siatki, aby się nie urwała, gdy Nan będzie szła. Wyznaczył cenę, a dziewczyna podała mu banknot, nie prosząc o resztę.
Mężczyzna uśmiechnął się i dołożył do jabłek kiść bananów. Wyglądały na dojrzałe i naprawdę dobre.
– Miłego dnia – powiedział, wręczając Nanette siatkę.
– Bardzo dziękuję – kiwnęła głową ze śmiechem. – Nie musiał pan.
– Proszę powiedzieć, czy były w porządku, gdy będzie pani jutro przechodzić.
– Oczywiście – obiecała i ruszyła dalej.
Po spotkaniu ze znajomymi, miała bardzo dobry humor. Siedzieli w kawiarni, dyskutując nad polityką, muzyką i językami. Nie obyło się bez złośliwych uwag i komentarzy. Było dużo śmiechu, a to Nan uwielbiała najbardziej. Czuła się rozluźniona w dobrym towarzystwie. Nadawali na tych samych falach, rozumieli bez słów.
Imprezy? Chodzili, bawili się, szaleli. To był wieku, w którym człowiek chciał zabawy. Pragnął rozrywek i braku zobowiązań. Niektórzy pili, by się odciąć od problemów, niektórzy pili, by się śmiać. Nanette nie należała do żadnej grupy pijących. Kosztowała tylko win i szampana. Inne alkohole nie wchodziły w grę, tylko dlatego, że nie przypadły jej do gustu. Znajomi namawiali jedynie na początku, później przestali. Chodziła z nimi do klubów, by móc się wyszaleć i szybko stwierdziła, że alkohol wcale nie był potrzebny do zabawy. Bez niego było również dobrze. Przynajmniej była świadoma każdego czynu, o wszystkim pamiętała, a rano nie budziła się z bólem głowy. Dzięki temu jej ojciec zawsze miał do niej zaufanie. I choć była dorosła, martwił się, ale gdy oznajmiała, że wychodzi na imprezę, wiedział, że wróci bezpieczna. Jeden telefon, a kierowca przyjeżdżał po nią i zabierał do domu. Nie chciała chodzić sama nocą przez miasto.
Zbliżyła się już osiemnasta, gdy zerknęła na zegarek. Ojciec czekał z kolacją, na pewno chciał, aby już wróciła. A Nanette wciąż kręciła się po rynku. Przecież znała drogę do domu. Chciała iść, ale wciąż pozostawała tutaj.
Rozejrzała się dookoła. Dzieci biegały wokół fontanny, proszone przez rodziców o uważanie. Ubrane w płaszcze kobiety szły do metra lub tramwaju. Mężczyźni z teczkami pod śpieszyli do domów. Chociaż nie wszyscy. Wzrok Nan przykuwał chłopak, siedzący na drewnianej skrzynce przy fontannie. Przed nim leżała szara kalimata i wydawało się, że na niej ma rozłożone książki. Dziewczyna musiała podejść bliżej, aby zorientować się, co dokładnie prezentuje. Dystans szybko się zmniejszył, a ona dostrzegła tego samego chłopaka, który wczoraj wręczył jej trzy róże. Siedział pochylony nad swoim dorobkiem. Nie myliła się, to było kilka egzemplarzy książek. Starych, lecz rozpoznała kilka dobrych autorów. Żadnej z tych lektur nie czytała.
Z powrotem zerknęła na sprzedawcę. Chłopak mógł być trochę od niej starszy. Miał na sobie jeansy i granatową bluzę, trochę za dużą. Podwinął rękawy, a ręce splótł ze sobą i uporczywie wpatrywał się w chodnik. Między jego stopami leżała książką, którą czytał. Dopiero teraz to zauważyła i możliwe, że dlatego nie zwrócił na nią uwagi.
Powoli ukucnęła, opierając siatkę z zakupami na bruku tuż obok swojej torebki.
– Przepraszam – odezwała się.
Chłopak uniósł głowę i zamarł. Tak jakby Nanette była duchem lub zjawą. Wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami. Dziewczyna zauważyła, że są niebieskie z plamkami szarości. Był przystojnym człowiekiem, z lekkim zarostem. Brązowe włosy przypominały artystyczny nieład.
– Tak? – zapytał, zwilżając językiem dolną wargę.
Nan miała wrażenie, że był zdenerwowany. Ręce mu drżały, a oddech był szybki. Zauważyła to, bo była blisko. Dzieliło ich kilkanaście centymetrów.  
– Dziękuję za róże – powiedziała, posyłając mu delikatny, czuły uśmiech. – Sprzedajesz te książki? – zerknęła na egzemplarze.
– Tak… to znaczy – odkaszlnął, pocierając ręką policzek – tak, sprzedaję. Mam ich podwójne wersje. Nie są mi potrzebne, a chętnie znajdą innych właścicieli. Jest pani zainteresowana? – zapytał uprzejmie.
– Duma i uprzedzenie – wskazała na jedną z książek. – Wiesz, że nie czytałam? Tak, jestem zainteresowana. Kupię wszystkie – powiedziała, wyjmując swój portfel. Zerknęła na karton na którym widniało koślawe „4 EURO”. Szybko odliczyła dwadzieścia euro, dodała jeszcze dziesięć i dosłownie wepchnęła chłopakowi w rękę banknoty.
Patrzył na nią zaskoczony, zaciskając palce na pieniądzach. Spojrzał na dłoń, a potem na dziewczynę. Ta wciąż się uśmiechając, chowała książki do torebki. Do domu nie miała daleko, z czego bardzo się cieszyła, bo miała trochę do zaniesienia.
– Nie musi pani płacić – wydusił z siebie, gdy zasuwała suwak torebki. – Naprawdę, proszę – wyciągnął rękę z pieniędzmi.
Dotknęła jego dłoni i uśmiechnęła się.
­ – Kupuję, więc płacę. Róże dałeś mi za darmo. Raz ci się udało – zażartowała, podnosząc się. – Masz bardzo długie palce. Myślę, że takimi dłońmi dobrze wykonywałbyś masaże.
– Co? – chłopak stanął na równe nogi, mało rozumiejąc.
Nanette roześmiała się, zakrywając ręką usta. Wyglądał na bardzo zdezorientowanego, co ją bawiło, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.
– Mógłbyś być masażystą.
– Masażystą? – zmrużył oczy, a potem lekko się uśmiechnął. – Tylko i wyłącznie, jeśli mógłbym dawać tę przyjemność pani.
– Och… - otworzyła szeroko usta, ale szybko się opamiętała. Na jej blade policzki wkradł się szkarłatny kolor. Nanette była zawstydzona po raz pierwszy od jakiegoś czasu. ­– Dziękuję. To miłe. Jestem Nanette – wyciągnęła rękę przed siebie.
– Louis – szepnął i ucałował jej dłoń.
Wręcz musnął ustami, a ją przeszedł przyjemny dreszcz.
– Lubię eksperymentować – stwierdziła, przyglądając mu się.
Widziała w nim dobrą osobę, która pogubiła się w życiu. Potrzebował pomocy. Może tego nie okazywał, bo wydawał się szczęśliwy, ale ktoś musiał być dla niego życzliwy.
– W jakim sensie? – przekrzywił głowę.
– Nieważne – machnęła ręką. – Czy nie widziałam cię gdzieś wcześniej? Przed różami. Moja pamięć mnie zawodzi mimo młodego wieku – zaśmiała się.
– W kawiarni – przyznał szczerze. – Codziennie widuję cię w kawiarni. Siedzę przy stoliku przy oknie. Nigdy mnie nie zauważałaś.
Nan zmrużyła oczy, próbując sobie coś takiego przypomnieć. Faktycznie nigdy nie rozglądała się po lokalu. Zawsze czekało ją miejsce przy kontuarze, gdzie ucinała sobie pogawędkę z Diego. Nie pamiętała tego chłopaka, ale widziała, że nie kłamał. Jego oczy przepełnione były szczerością i dziwnym podziwem. Dlaczego? Nie zna mnie – pomyślała zdumiona.
Ale on ją znał.

Bardziej niż myślała.

7 komentarzy:

  1. PIERWSZA 💗💗💗
    Ojej w końcu się poznali ❤❤❤
    To jest coś magicznego i cudownego, dziękuję ci, że mogę to czytać aniołku ❤❤❤❤❤❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeej, cudny ❤❤❤
    Nie mogę się doczekać następnego :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezus wreszcie się spotkali, jedno z marzeń Lou się spełniło, mam nadzieję, że to będzie ich początek, początek czegoś pięknego i niezwykłego, już nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału aaa! Jestem strasznie ciekawa co będzie się działo, jak potoczą się ich los,a to dopiero 5 rozdział! :*xx

    OdpowiedzUsuń
  4. Super :*
    W końcu porozmawiali
    Juz sie nie mogę doczekać następnego ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny rozdział!
    Jak fajnie, że w końcu ze sobą porozmawiali :)
    Bardzo podobało mi się zakończenie :) Jest takie... ciekawe xD
    Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału :)
    /@zosia_official

    OdpowiedzUsuń
  6. Znalazłem twojego bloga przypadkiem ale od razu mi się spodobał rozdział świetny czekam na next i życzę dużo weny i zapraszam na mojego bloga na http://my-secret-life-rose-weasley.blogspot.com/
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Awwww jak super gadali mmm *_* to z długimi palcami haha mega xdd czekam na kolejny :*

    OdpowiedzUsuń