Kobieta nie
powinna być gorsza od anioła, mężczyzna zaś tylko trochę lepszy od diabła.
Szum wody, kaskadą spływającej z
wodospadu, śpiewa ptaków i szelest liści, rozchodził się po beżowym
pomieszczeniu. Relaksacyjna muzyka koiła nerwy, uspokajała i wyciszała.
Przyjemne dźwięki dochodziły do uszu Nanette, która leżała na wygodnym,
automatycznym fotelu, rytmicznie masowana.
Od razu po śniadaniu udała się do
SPA, tak samo jak co miesiąc umawiała się w pierwszą sobotę. Dbała o siebie i
tego nie ukrywała. Nie była lepsza od innych, po prostu miała możliwości i z
nich korzystała. Wciąż była jedynie człowiekiem. Najbardziej lubiła masaże,
gdzie odprężała się w zupełności i mogła spokojnie pomyśleć. Chociaż nie
wybrzydzała, kiedy młoda kosmetyczka pielęgnowała jej dłonie i paznokcie. Czuła
się zdecydowanie lepiej. Wszystkie zabiegi trwały trzy godziny, a Nan była
całkowicie odprężona. Po długiej solnej kąpieli, Nanette udała się do szatni.
Miała jeszcze trochę czasu, a później umówiła się ze znajomymi w kawiarni. Na
uczelni utrzymywała dobre kontakty z innymi studentami, nie chcąc być samotna.
Czasem dobrze było wyrwać się ze szpon codzienności i monotonni wraz z
towarzystwem. Nan była lubiana, jej śmiech był zaraźliwy, tak samo jak, pogodny
styl bycia. Przy tej radosnej dziewczynie każdy się rozluźniał.
Ale jak to w bajkach bywa, znalazły
się też te zazdrosne i zawistne koleżanki. Miała powodzenie u chłopaków, nie
dało się ukryć, za to, jakby w ogóle ich nie zauważała. Nie zwracała uwagi na
ich zaloty – to tylko pozory – myślały. Nie wiedziały, jak bardzo się myliły.
Nie miały pojęcia, że Nan zostawia im wolną drogę do chłopaków. Tylko ci nie za
bardzo byli zainteresowani, ale to już inna sprawa. Panna Elvador była
spostrzegawczą osobą, umiała poznać zamiary i nastawienie drugiego człowieka w
niedługim czasie znajomości. Dlatego tak łatwo wybierała osoby, z którymi miała
ochotę spędzać czas i nawzajem, Nie potrzebowała nieszczerych, zakłamanych
ludzi. Świat i tak był oszustem i otaczał każdego dookoła. Chciała prawdziwej
przyjaźni, prawdziwej miłości, ale na to nadejdzie czas. Była młoda, a przed
nią całe życie, którego nie zamierzała zmarnować. Kiedyś ktoś mądrze
powiedział, że życie to gra, wyścig i z góry jesteśmy przegranymi. Bierzemy
udział w tej rywalizacji, nie mając innego wyboru. To od nas zależy jak zagramy
i jak przegramy. Szczęśliwie, czy nie?
Podsumowując życie Nanette, była
szczęśliwa, lecz nieco samotna. Nie chciała stawać na drodze przeznaczeniu. Ono
gdzieś czekało. Jak napisał Zafon, którego uwielbiała „Przeznaczenie zazwyczaj
czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem, dziwką albo
sprzedawcą losów na loterię: to jego najczęstsze wcielenia.
Do drzwi naszego domu nigdy nie zapuka. Trzeba za nim
ruszyć.”
***
Szła rynkiem miasta, mijając ludzi,
którzy wracali do domu, zmęczeni po długim dniu w pracy. Słońce chowało się za
zabytkowymi, katalońskimi budynkami, żegnając się ostatnimi promykami.
Delikatny wiatr kołysał namiotami straganów, które stały w kręgu na placu Santa
Catelina. Czerwono białe, granatowo czarne paski zlewały się w jedność.
Sklepikarze powinni kończyć już pracę, ale dobrze wiedzieli, że ludzie dopiero
powracają do domu. Przy okazji robili zakupy, wpychając do wiklinowych koszyków
świeże owoce, czy warzywa. Na ogromnych skrzyniach piętrzyły się jabłka, które
wołały Nanette do siebie. Poprawiając torebkę na przed ramieniu, ruszyła w
stronę jednego ze straganów. Chyba nie umiała sobie odmówić. Nie robiła
zakupów, bo o to dbała kucharka, ale zawsze mogła kupić coś dla siebie.
– Dzień dobry, panienko – mężczyzna
z czarnym wąsem w białym fartuchu uśmiechnął się i założył pomarańczowy
bezrękawnik. – Nasze jabłka są najsłodsze. Sprowadzone z Polski.
– Właśnie o nich myślałam – posłała
mu uśmiech, wyjmując z torebki portfel. – Poproszę kilogram.
– Już, panienko – sklepikarz zważył
kilka jabłek i włożył je do podwójnej siatki, aby się nie urwała, gdy Nan
będzie szła. Wyznaczył cenę, a dziewczyna podała mu banknot, nie prosząc o
resztę.
Mężczyzna uśmiechnął się i dołożył
do jabłek kiść bananów. Wyglądały na dojrzałe i naprawdę dobre.
– Miłego dnia – powiedział,
wręczając Nanette siatkę.
– Bardzo dziękuję – kiwnęła głową
ze śmiechem. – Nie musiał pan.
– Proszę powiedzieć, czy były w
porządku, gdy będzie pani jutro przechodzić.
– Oczywiście – obiecała i ruszyła
dalej.
Po spotkaniu ze znajomymi, miała
bardzo dobry humor. Siedzieli w kawiarni, dyskutując nad polityką, muzyką i
językami. Nie obyło się bez złośliwych uwag i komentarzy. Było dużo śmiechu, a
to Nan uwielbiała najbardziej. Czuła się rozluźniona w dobrym towarzystwie. Nadawali
na tych samych falach, rozumieli bez słów.
Imprezy? Chodzili, bawili się,
szaleli. To był wieku, w którym człowiek chciał zabawy. Pragnął rozrywek i
braku zobowiązań. Niektórzy pili, by się odciąć od problemów, niektórzy pili,
by się śmiać. Nanette nie należała do żadnej grupy pijących. Kosztowała tylko
win i szampana. Inne alkohole nie wchodziły w grę, tylko dlatego, że nie
przypadły jej do gustu. Znajomi namawiali jedynie na początku, później
przestali. Chodziła z nimi do klubów, by móc się wyszaleć i szybko stwierdziła,
że alkohol wcale nie był potrzebny do zabawy. Bez niego było również dobrze.
Przynajmniej była świadoma każdego czynu, o wszystkim pamiętała, a rano nie
budziła się z bólem głowy. Dzięki temu jej ojciec zawsze miał do niej zaufanie.
I choć była dorosła, martwił się, ale gdy oznajmiała, że wychodzi na imprezę,
wiedział, że wróci bezpieczna. Jeden telefon, a kierowca przyjeżdżał po nią i
zabierał do domu. Nie chciała chodzić sama nocą przez miasto.
Zbliżyła się już osiemnasta, gdy
zerknęła na zegarek. Ojciec czekał z kolacją, na pewno chciał, aby już wróciła.
A Nanette wciąż kręciła się po rynku. Przecież znała drogę do domu. Chciała
iść, ale wciąż pozostawała tutaj.
Rozejrzała się dookoła. Dzieci
biegały wokół fontanny, proszone przez rodziców o uważanie. Ubrane w płaszcze
kobiety szły do metra lub tramwaju. Mężczyźni z teczkami pod śpieszyli do
domów. Chociaż nie wszyscy. Wzrok Nan przykuwał chłopak, siedzący na drewnianej
skrzynce przy fontannie. Przed nim leżała szara kalimata i wydawało się, że na
niej ma rozłożone książki. Dziewczyna musiała podejść bliżej, aby zorientować
się, co dokładnie prezentuje. Dystans szybko się zmniejszył, a ona dostrzegła
tego samego chłopaka, który wczoraj wręczył jej trzy róże. Siedział pochylony
nad swoim dorobkiem. Nie myliła się, to było kilka egzemplarzy książek.
Starych, lecz rozpoznała kilka dobrych autorów. Żadnej z tych lektur nie
czytała.
Z powrotem zerknęła na sprzedawcę.
Chłopak mógł być trochę od niej starszy. Miał na sobie jeansy i granatową
bluzę, trochę za dużą. Podwinął rękawy, a ręce splótł ze sobą i uporczywie
wpatrywał się w chodnik. Między jego stopami leżała książką, którą czytał.
Dopiero teraz to zauważyła i możliwe, że dlatego nie zwrócił na nią uwagi.
Powoli ukucnęła, opierając siatkę z
zakupami na bruku tuż obok swojej torebki.
– Przepraszam – odezwała się.
Chłopak uniósł głowę i zamarł. Tak
jakby Nanette była duchem lub zjawą. Wpatrywał się w nią szeroko otwartymi
oczami. Dziewczyna zauważyła, że są niebieskie z plamkami szarości. Był
przystojnym człowiekiem, z lekkim zarostem. Brązowe włosy przypominały
artystyczny nieład.
– Tak? – zapytał, zwilżając
językiem dolną wargę.
Nan miała wrażenie, że był zdenerwowany.
Ręce mu drżały, a oddech był szybki. Zauważyła to, bo była blisko. Dzieliło ich
kilkanaście centymetrów.
– Dziękuję za róże – powiedziała,
posyłając mu delikatny, czuły uśmiech. – Sprzedajesz te książki? – zerknęła na
egzemplarze.
– Tak… to znaczy – odkaszlnął,
pocierając ręką policzek – tak, sprzedaję. Mam ich podwójne wersje. Nie są mi
potrzebne, a chętnie znajdą innych właścicieli. Jest pani zainteresowana? –
zapytał uprzejmie.
– Duma i uprzedzenie – wskazała na
jedną z książek. – Wiesz, że nie czytałam? Tak, jestem zainteresowana. Kupię
wszystkie – powiedziała, wyjmując swój portfel. Zerknęła na karton na którym
widniało koślawe „4 EURO”. Szybko odliczyła dwadzieścia euro, dodała jeszcze
dziesięć i dosłownie wepchnęła chłopakowi w rękę banknoty.
Patrzył na nią zaskoczony,
zaciskając palce na pieniądzach. Spojrzał na dłoń, a potem na dziewczynę. Ta
wciąż się uśmiechając, chowała książki do torebki. Do domu nie miała daleko, z
czego bardzo się cieszyła, bo miała trochę do zaniesienia.
– Nie musi pani płacić – wydusił z
siebie, gdy zasuwała suwak torebki. – Naprawdę, proszę – wyciągnął rękę z
pieniędzmi.
Dotknęła jego dłoni i uśmiechnęła
się.
– Kupuję, więc płacę. Róże dałeś
mi za darmo. Raz ci się udało – zażartowała, podnosząc się. – Masz bardzo
długie palce. Myślę, że takimi dłońmi dobrze wykonywałbyś masaże.
– Co? – chłopak stanął na równe
nogi, mało rozumiejąc.
Nanette roześmiała się, zakrywając
ręką usta. Wyglądał na bardzo zdezorientowanego, co ją bawiło, ale w dobrym
tego słowa znaczeniu.
– Mógłbyś być masażystą.
– Masażystą? – zmrużył oczy, a
potem lekko się uśmiechnął. – Tylko i wyłącznie, jeśli mógłbym dawać tę
przyjemność pani.
– Och… - otworzyła szeroko usta,
ale szybko się opamiętała. Na jej blade policzki wkradł się szkarłatny kolor.
Nanette była zawstydzona po raz pierwszy od jakiegoś czasu. – Dziękuję. To
miłe. Jestem Nanette – wyciągnęła rękę przed siebie.
– Louis – szepnął i ucałował jej
dłoń.
Wręcz musnął ustami, a ją przeszedł
przyjemny dreszcz.
– Lubię eksperymentować –
stwierdziła, przyglądając mu się.
Widziała w nim dobrą osobę, która
pogubiła się w życiu. Potrzebował pomocy. Może tego nie okazywał, bo wydawał
się szczęśliwy, ale ktoś musiał być dla niego życzliwy.
– W jakim sensie? – przekrzywił
głowę.
– Nieważne – machnęła ręką. – Czy
nie widziałam cię gdzieś wcześniej? Przed różami. Moja pamięć mnie zawodzi mimo
młodego wieku – zaśmiała się.
– W kawiarni – przyznał szczerze. –
Codziennie widuję cię w kawiarni. Siedzę przy stoliku przy oknie. Nigdy mnie
nie zauważałaś.
Nan zmrużyła oczy, próbując sobie
coś takiego przypomnieć. Faktycznie nigdy nie rozglądała się po lokalu. Zawsze
czekało ją miejsce przy kontuarze, gdzie ucinała sobie pogawędkę z Diego. Nie
pamiętała tego chłopaka, ale widziała, że nie kłamał. Jego oczy przepełnione
były szczerością i dziwnym podziwem. Dlaczego? Nie zna mnie – pomyślała
zdumiona.
Ale on ją znał.
Bardziej niż myślała.