Siedzieli w wygodnych fotelach, jak
zawsze w towarzystwie muzyki. Tym razem Nanette zadbała o płytę Adele, która
tak bardzo spodobała się Louisowi. Najpierw przesłuchali Hello, chłopak chciał
zapamiętać słowa i melodię. Puścili ją dwa razy, a on wciąż uśmiechał się pod
nosem, jak dziecko, które dostało lizaka. Głos piosenkarki zawładnął jego
sercem, ale to ta piosenka zrobiła na nim największe wrażenie.
Kiedy już pomieszczenie wypełnił
zupełnie inny utwórz, Nan zabrała się za czytanie. Książka była w języku
hiszpańskim, jak prawie wszystkie pozostałe w bibliotece. Takie było łatwiej
zdobyć w Barcelonie – toż to oczywiste. Niektóre dzieła były anglojęzyczne,
musiałaby poszukać. Znęcała się nad Louisem, bo wiedziała, że lepiej mu szło
rozmawianie niż słuchanie książki, lecz miała powód. Dzięki temu Lou uczył się
języka. Występowały takie słowa, których nie znał, ale dziewczyna spokojnie mu
je tłumaczyła. Jako studentka filologii hiszpańskiej mogła uczyć Louisa. Jedyną
przeszkodą było to, że nie widział liter, słów, nie mógł sobie przyswoić języka
przez wzrok. Ale przecież, gdy Bóg drzwi zamyka, to otwiera okno, a więc i
teraz znalazła sposób. Być może tak Louis będzie częściej rozmawiał z nią po
hiszpański, może będzie mu łatwiej.
Przez chwilę pomyślała o lekarzu,
którego miała umówić dla chłopaka. Wciąż zamierzała mu pomóc, lecz czekała na dokumenty,
które załatwiał ojciec. Wszystko mogło stać się lepsze, potrzeba tylko czasu.
Niczego nie da się przyśpieszyć.
– Nan? – Louis odezwał się,
wyrywając ją z otępienia. – Przerwałaś. Co się stało?
– Przepraszam – mruknęła i
westchnęła, powracając wzrokiem do tekstu. – Na razie wszystko rozumiesz?
– Czytaj. Potrafię się domyślić. –
Machnął ręką.
Uśmiechnęła się delikatnie,
odgarniając kosmyk włosów za ucho. Zanim zaczęła czytać, jeszcze przez kilka
sekund przyjrzała się chłopakowi, który zawrócił jej w głowie. Zdawało się, że
to był bardzo prosty schemat, ale nie było tak łatwo. Sama musiała dojść do
własnych uczuć, odkryć je i wyznać.
Zaczęła czytać, nie chcąc myśleć o
niczym innym. Przewróciła kartkę na kolejny rozdział. Książka wciągnęła ich
oboje na dobre dwie godziny. Jedynie
gosposia odważyła się im przerwać, przynosząc gorący obiad. Wtedy Nanette
odłożyła lekturę i wzięła od kobiety dwa talerze, posyłając jej życzliwy
uśmiech. Gosposia skinęła głową i opuściła pomieszczenie kilka sekund później.
Dziewczyna odstawiła jeden posiłek, a z drugim przysiadła na oparciu fotela
Lou.
– Nakarmię cię, będzie łatwiej –
powiedziała, dotykając jego policzka. – To jakieś włoskie danie. Makaron, sery,
sos. Nie je… – Louis subtelnie jej przerwał.
– Nieważne, nie straciłem smaku –
zapewnił ją z drwiącym uśmiechem. – Zjem i wtedy powiem, co to jest.
– Przepraszam – mruknęła po raz
kolejny, na co Louis westchnął.
Wsunęła do jego ust widelec, w tym
samym momencie Lou ułożył dłoń na jej udzie i delikatnie masował.
To co jadł, ewidentnie mu
smakowało. Sam nie umiał dobrze gotować i doceniał wszystko, co dobre. On szedł
po najmniejszej linii oporu, gdy coś dla siebie przygotowywał. Robił tyle ile
mógł, nie chcąc spalić kuchni. Był zdolny, perfekcyjnie opanował robienie
herbaty.
– Pamiętasz o sobocie? – spytał,
przesuwając dłonią po kolanie Nan. Czuł pod palcami gładki materiał sukienki.
– Będziesz gotował? – zaśmiała się
i pochyliła, żeby odstawić pusty talerz na ławę. Powróciła do poprzedniej
pozycji, zaczynając bawić się włosami Louisa. Ona lubiła to robić, on odczuwał
przyjemność.
– Nie interesuj się, Aniele. To
niespodzianka. – Bezwiednie zwilżył dolną wargę. Naprawdę podobało mu się to,
co robiła. Niewinna pieszczota, której nie chciał przerywać.
– Louis, nie potrzebujesz zakupów?
Chemia, spożywcze? Mogłabym je zrobić albo poproszę Diego, on jeździ po
zaopatrzenie.
– W zasadzie potrzebuję. – Kiwnął
głową. – Jeśli to nie byłby problem, to tak. Przekażę ci pieniądze. – Samemu
trudno mu było robić zakupy.
Nanette nie chciała rozmawiać o
pieniądzach. Znała sytuację louisa, nie była najlepsza i dlatego zamierzała
zapłacić za zakupy. To nie podlegało dyskusji. Ona miała ogromny dom, opłacone
studia częściowo przez tatę, a częściowo przez stypendium, na dodatek dobrze
zarabiała.
– Podaj mi listę produktów, zapiszę
– poprosiła, wstając i kierując się po notes.
Wykonali listę zakupów, Nan zjadła
trochę obiadu i jeszcze na jeden rozdział wrócili do książki. Nie trwało to
długo. Na szczęście za oknem nie było ciemno, a pogoda pozwalała na spacer.
Dlatego Nanette zdecydowała się odprowadzić Louisa.
– Proszę. – Louis wyjął kilka
banknotów z kieszeni, gdy stali pod klatką. – Powinno starczyć, choć nie wiem
ile dokładnie mam.
– Masz dwadzieścia euro i dobrze
wiemy, że więcej nie posiadasz. Nie kłóć się, ale nie wezmę pieniędzy. Zrobię
zakupy.
– Nie możesz za mnie płacić –
zaprzeczył, lecz Na i tak nie wzięła niczego. Pożegnała go całusem w policzek i
odeszła.
Louis z lekkim trudem wszedł po
trzeszczących schodach i wrócił do mieszkania. Musiał jak najszybciej
porozmawiać z Diego, przecież do soboty nie pozostało wiele czasu, a on nie
chciał zaskoczyć przyjaciela nagłą prośbą. Cóż, nie posiadał telefonu
komórkowego, więc musiał poczekać do jutra. Diego przyjedzie rano i pojadą do
pracy.
Ruszył do pokoju, gdzie stało
pianino. Usłyszał dziś tyle wspaniałych dźwięków, piosenek śpiewanych pięknym
głosem i nie mógł się powstrzymać, by nie zagrać. Ostrożnie usiadł przy
instrumencie, a krzesełko zaskrzypiało pod jego ciężarem. Przypomniał sobie
wieczór w filharmonii i kąciki ust uniosły się ku górze. Tyle muzyków,
skrzypiec, wiolonczeli… Tak dużo muzyki, której kochał słuchać. Wprowadzała go
w zupełnie inny świat, gdzie odnajdywał spokój i harmonię.
Muskał przypadkowe klawisze,
próbował, odtwarzał melodię, która rozbrzmiewała w jego głowie. Trwało to dość
długo, ale nie odczuwał znużenia. Dopiero, gdy krople jesiennego deszczu
zaczęły stukać w parapety, oderwał dłonie od pianina i powoli wstał. Skierował
się w stronę okna, na szczęście na nic nie wpadając. Ułożył ręce na chłodnej
szybie i słuchał. Słuchał, jak niebo płacze, a jego łzy płyną po kamienistych
chodnikach miasta. Drżał z zimna, nie włączył przyniesionej przez Diego
farelki, ale teraz był za bardzo zafascynowany światem za oknem, by to zrobić.
Kolory mógł sobie jedynie wyobrażać, trochę pamiętał z przed utraty wzroku.
Musiało być szaro, granatowo i nieprzyjemnie. Na poprawę humoru do swojej
pamięci co chwila przywoływał wspomnienie wyglądu Nanette i już nie umiał skupić
się na deszczu. Nigdy nie spodziewałby się, że jego pewność siebie może go tak
zaskoczyć. Potrafił rozmawiać z Nan o wszystkim, ale potrafił też siedzieć
godzinami w ciszy i napawać się bliskością dziewczyny. Potrzebował tak
niewiele. Jej obecność zaczęła niebezpiecznie uzależniać Louisa. Narkotyk
zapędzi go w kłopoty, ale on nie będzie żałował.
***
Diego roześmiał się, opierając
dłonie o blat. Długo próbował być poważny, ale nie mógł się już powstrzymać. Od
kiedy przywiózł Louisa do kawiarni, ten nie przestawał rozmawiać. Przyjaciel
wrobił go w opuszczanie krzeseł na podłogę i nawet dobrze mu to szło. Praca nie
przeszkadzała w gadaniu.
– Czyli co ja mam zrobić? Powoli,
jaki jest plan? – spytał Diego, gdy Louis po raz kolejny nawiązał do
dzisiejszej randki z Nan.
– Chciałbym, abyś pomógł mi zrobić
kolacje. Dziwnie się czuję, bo to Nan zrobiła zakupy, ale nie pozwoliła mi
zapłacić. Mimo wszystko zależy mi na udanej randce. Nie znam się na tym, ja
nigdy… Diego, nawet nie wiesz jak się denerwuję. Nic nie mogę zrobić sam –
westchnął, poprawiając okulary i pocierając palcami grzbiet nosa. – Chciałem
kupić jej jakiś prezent, ale mam tylko dwadzieścia euro i nie widzę.
Zamierzałem sprzedać książki, bo mam ich sporo. Tylko, że z tym też będzie
problem w takim stanie.
– Dość – Diego przerwał mu i
poklepał po ramieniu. – Nie ma użalania się nad sobą. Pomogę ci, przecież
wiesz. Prezent też kupię, ale w zamian za to, obierasz dzisiaj pomarańcze i
wycierasz szklanki.
– O, panie, mogę to robić kolejne
stulecie. Z przyjemnością – uśmiechnął się szeroko i podał brunetowi swój majątek.
– Proszę. Coś takiego, co do niej pasuje. Mi zawsze kojarzy się z zapachem kawy
i czerwonym kolorem paznokci.
– Tak, mówisz to piąty raz. I ma
piękny śmiech, cudowny głos i całuje jak anioł. Zakochujesz się, Louis.
– Kochać to bardzo mocne słowo –
powiedział cicho Lou, opierając dłonie na krześle.
Diego zamilkł, przyglądając się
przyjacielowi. Tacę z pokrojonym ciastem postawił na blacie.
– Być może twoje uczucie właśnie
takie jest – odparł po kilku minutach i odwrócił się do szafki z ekspresem.
Może tak.