Ukrywamy się za zamkniętymi drzwiami
Za każdym razem, gdy Cię widzę, umieram po trochu
Skradnięte momenty, które kradniemy za opadniętą kurtyną
To nigdy nie będzie wystarczająco
Louis usiadł na prowizorycznym
łóżku i zdjął okulary. Wierzchem dłoni przetarł zmęczoną twarz, cicho
wzdychając. Na swoich ustach wciąż czuł dotyk warg Nanette. To wszystko
zdarzyło się zaledwie godzinę temu. Siedziała na jego kolanach, przesuwała
drobnymi dłońmi po ramionach. Chwila mogłaby trwać wieczność, nie chciał jej
przerywać. Anioł muskał jego wargi z ogromną subtelnością, by później wplątać
palce we włosy Louisa i przerobić pocałunek w namiętną pieszczotę. Co czuł?
Zachwyt przejmował kontrolę nad jego umysłem, szczęście emanowało z każdej
cząsteczki ciała. Zawsze marzył i pragnął tego, bo nikt nie mógł mu zabronić, a
dziś każde życzenie spełniło się. Chciałby powtórki, chciałby jeszcze raz
poczuć smak idealnych czuć pięknej dziewczyny, która z łatwością zawróciła mu w głowie, lecz nigdy nie należał do ludzi
zachłannych. Jak to banalnie brzmiało. Zachwyt nad innym człowiekiem? Był
możliwy, a dla Louisa zaszczytem było przebywanie z Nan. Onieśmielała go,
pobudzała wyobraźnie, działała kojąco, niczym dotyk osoby bliższej niż się może
zdawać. Nie mówił głośno o swoich uczuciach, skrywał je w sercu. Jeśli do końca
swoich dni miał rozpamiętywać tylko ten jeden, wspaniały pocałunek, zamierzał
to robić.
Uśmiechnął się pod nosem i rozpiął
guziki koszuli. Zdjął ją z ramion i zamrugał. Ciemność męczyła go na co dzień,
lecz dziś nic nie było w stanie go przygnębić. Podniósł się i wolnym krokiem
wszedł do salonu. Jak zwykle potknął się o krzesło. Upadło z hukiem na podłogę,
a on jęknął głośno, czując jak ból promieniuje od piszczela. Rozmasował
uderzone miejsce i wyciągnął rękę, ustawił krzesło na miejsce i na jego oparciu
rozwiesił granatową koszulę.
Do domu odwiózł go Joseph, więc nie
było specjalnego pożegnania z Nan. Nie czuli się komfortowo przy kimś innym.
Zwłaszcza Louis. Wszystko mogło się jeszcze zmienić. Na szczęście, pomyślał,
umówiliśmy się na kolejne spotkanie za dwa dni. W środę znów miał ją zobaczyć,
a sama myśl napawała go większą euforią. Nie mógł się doczekać. Zdecydowanie
spodobała mu się wizyta w domu Nanette. Jej tata, z którym mógł porozmawiać
tylko chwilę, wydawał się być miłym facetem, a Lou czuł, że Nan była do niego
podobna. Naprawdę żałował, że nie mógł tego wszystkiego zobaczyć na własne
oczy. Wiele rzeczy go omijało, nie widział szczegółów. Ratowała go bardzo
dobrze rozwinięta wyobraźnia. To oczywiście za sprawą czytania. Dzięki temu w
głowie co chwila pojawiały mu się kolejne obrazy. Czytanie z Nan sprawiało mu
przyjemność, niczym intymne doznanie. Głos dziewczyny uspokajał go, był taki
dźwięczny i subtelny, zarazem sensualny. Na samo wspomnienie wzdychał i
uśmiechał się. Och, robił to non – stop. Cóż mógł zrobić? Gdy człowiek jest
szczęśliwy, bardzo trudno jest to ukryć.

– Hello, it’s me… – zaśpiewał
cicho. – I was wondering if after all these years you’d like to meet. [1]
Kołysał się, wciąż grając te same
dźwięki. Nie pamiętał kolejnych słów, ale zamierzał zapytać Nan o tę piosenkę.
Chciał. Po prostu chciał się tego nauczyć, a od zawsze miał silną wolę. Louis
się nie poddawał.
***
Nanette zapukała do drzwi i
zerknęła na zegarek. Było przed ósmą. Na zajęcia mogła nie iść, nie odniesie
wielkiej straty, a do pracy spokojnie zdąży – pomyślała. Musiała załatwić ważną
sprawę i właśnie dlatego budziła teraz Louisa, jeszcze raz pukając w drzwi.
Wiedziała, że był w domu, bo Diego dopiero otwierał kawiarnię, a Louis pojawiał
się tam około dziewiątej.
Usłyszała kroki i przekręcenie
zamka. Uśmiechnęła się. Nareszcie.
– Cześć – rzuciła wesoło,
przygryzając dolną wargę, gdy tylko zobaczyła zaspanego chłopaka, stojącego
przed nią w spodniach dresowych i bluzie. Włosy Lou były w kompletnym nieładzie
i wiedziała, że dopiero co przeczesał je palcami. Zdążył wsunąć na nos okulary.
– Nan? – zmarszczył brwi i wyglądał
na zdziwionego. – Co tu robisz tak wcześnie?
– Mam małą niespodziankę – ucałowała
go w policzek. – Poczekaj, proszę – dodała i zeszła na dół, zostawiając
zaskoczonego chłopaka na klatce schodowej.
Wyszła na zewnątrz, a mocny wiatr
rozwiał jej włosy. Odgarnęła je z twarzy, by coś widzieć. Mimo słońca, było
dzisiaj chłodno, więc zabrała ze sobą skórzane rękawiczki. Miała bardzo
wrażliwe dłonie i szybko siekały się na mrozie.
Przy krawędzi ulicy stał czarny
mercedes, którym przyjechała z Josephem. Natomiast tuż obok auta zaparkowała
średniej wielkości ciężarówka z logo sklepu meblowego.
– Proszę wnosić – poinformowała
kierowcę.
– Tak jest, szefowo. Fredrico,
idziemy – mężczyzna w wieku około trzydziestu lat, w jeansowych spodniach i
czarnej kurtce, wyskoczył z akuszerki i zwrócił się do kolegi, siedzącego na
miejscu pasażera.
Obydwoje ruszyli do bagażnika, a
Nan przytrzymała zniszczone drzwi od klatki, by ułatwić pracownikom wniesienie
granatowej kanapy, owiniętej w folię. Pokierowała ich do mieszkania. Nie mieli
problemu z wejściem, korytarze nie było wąskie, a na schodach się wyrabiali.
Drzwi również były odpowiedniej wielkości i wnieśli mebel do środka.
Louis stał w kuchni, napełniając
czajnik wodą. Wyczuł kran i zakręcił kurek. W tym samym momencie usłyszał huk
stawiania czegoś na podłodze. Pośpiesznie odstawił czajnik na gaz, włączył
palnik i ostrożnie wyszedł z pomieszczenia.
– Bardzo dziękuję – głos Nanette
dobiegł do jego uszu. Mówiła do kogoś, czyli nie byli sami. Poczuł niepewność,
nie wiedząc co się dzieje w mieszkaniu.
– Nie ma sprawy, szefowo. Proszę
podpisać – kolejny głos. Tym razem męski, nieznany Louisowi.
Potarł ręce o spodnie, denerwował
się. Nie widział i to wprowadzało go w taki stan. Co się mogło stać? Kim był
ten mężczyzna? Trzask drzwi otrzeźwił go i tym samym oznajmił, że zostali sami.
Przeczesał włosy palcami, marszcząc brwi. Nan zachichotała, rozpoznając jego
nerwowe gesty.
– Chodź – chwyciła go za rękę,
prowadząc do sypialni.
– Co się dzieje, Nanette? Kto tu
był? – spytał, a ona od razu wyczuła napięcie w jego głosie. Denerwował się,
lecz zupełnie niepotrzebnie. Wiedziała dlaczego. Każdy dzień był dla Louisa
niepewnością. Był uchodźcą z Anglii, nie mieszkał tutaj legalnie i tym
zamierzała się zająć już niedługo. Nikt nie powiedział, że go odeślą. Sama nie
rozumiała dlaczego od razu nie zgłosił się do odpowiedniego urzędu. Posiadał
dokumenty, ale jego adres zamieszkania znajdował się w Wielkiej Brytanii, do
której zapewne nie chciał wracać. Musiał zacząć istnieć, nie mógł wciąż się
ukrywać. To był jej kolejny priorytet.
– Nan? – powtórzył. – Powiedz mi.
– Wybacz – puściła jego dłoń. –
Zamyśliłam się. Spróbuj usiąść, dobrze?
– Usiąść? – zdziwił się. – A ty
spróbuj nie ignorować moich pytań, co? – mruknął i wybadał dłońmi otoczenie.
Poczuł miękkie poduszki, lecz nie leżały one na podłodze. Było dużo wyżej. –
Łóżko?
– Kanapa – pomogła mu zająć miejsce
i przysiadła na oparciu mebla. – Rozłożę ją, byś nie musiał tego robić. Nie
będziesz więcej sypiał na podłodze – wbiła wzrok w swoje pomalowane na czerwone
paznokcie, czując ukłucie w okolicach serca. – Jest granatowa. Wiesz, taka jak
burzowe niebo. Powinna ci się spodobać – zerknęła na niego i uniosła dłoń, żeby
dotknąć jego policzka. – Jest wygodna, kochany. Ale to nie koniec. Mam jeszcze
jedną propozycję. Propozycję nie do odrzucenia.
– Jaką? – złapał jej rękę i splótł
ich palce. Przyjemny dreszcz przeszedł przez jego ciało. Nan zauważyła, że się
rumieni i uśmiechnęła się.
– Zabieram cię do filharmonii.
Dzisiaj wieczorem.
– Filharmonii? Na koncert? –
podekscytowania w jego głosie nie dało się ukryć. Poczuł się jak dziecko,
dostające prezent na gwiazdkę.
– Tak, Lou. Na cudowny koncert –
pocałowała go w policzek. – Będę około dwudziestej. Hm, wiem, że nie masz
zegarka. Muszę załatwić ci telefon. Będzie przystosowany dla ciebie. Jakoś.
Chyba. Muszę już iść. Diego zaraz przyjedzie. Zabierze cię do kawiarni.
– Nie zasługuję na tak wspaniałych
przyjaciół – szepnął cicho.
– Nawet nie wiesz jak bardzo się
mylisz – ścisnęła jego dłoń i wstała.
~*~
Nanette przeczesała palcami długie włosy, patrząc na siebie w odbiciu dużego lustra. Na policzki wkradł się rumieniec, a oczy błyszczały, wydając się radosne. Dotknęła szyi, na której zawiesiła złoty łańcuszek. Promieniała i miała wrażenie, że choć dzień dobiega końca, ona odzyskuje energię. Świadomość, że spędzi miły wieczór z Louisem zdecydowanie poprawiała jej humor.
Odwróciła się i zdjęła pudrowo różową suknię z drzwiczek szafy, którą wcześniej tam zawiesiła, by materiał nie uległ pognieceniu. Zaczęła się ubierać. Jedwabna suknia spływała po jej kruchym ciele. Wcięcie dekoltu obnażało miejsce między piersiami.
– Oczywiście – uśmiechnęła się,
odgarniając welon włosów z ramion na plecy.
– Pięknie wyglądasz, ale sama
doskonale o tym wiesz – Julian spojrzał na nią z dumą, kierując się spokojnym
krokiem w stronę wysokiego łóżka, stojącego naprzeciwko sporej garderoby, ukrytej
za przesuwanymi drzwiami. Przysiadł na miękkim materacu i potarł palcami skroń.
– Ależ dziękuję – Nan spojrzała na
niego podejrzliwie. – Coś się stało?
Pokręcił głową i podrapał się po
brodzie.
– Nic, kochanie. Chcę powiedzieć,
że jestem dumny z mojej córki. Masz dużo na głowie, ale nie zapominasz, że
czasem trzeba wyciągnąć do kogoś pomocną dłoń – westchnął. – Ludzie gonią czas,
nie zwracają uwagi na innych. Louis, tak? Jest szczęściarzem. Wiem co mówię.
Poznając go wczoraj zyskałem do niego pewne zaufanie, może nie całkowite, bo za
mało czasu rozmawialiśmy, ale nie trzeba być znawcą, by widzieć, że jest w
ciebie zapatrzony. To znaczy… Zapatrzony sercem. Rozumiesz? – spojrzał na
córkę, która objęła się ramionami, analizując każde jego słowo.
– Chyba rozumiem, tato – odezwała
się w końcu, wpatrzona w okno, za którym ciemność pochłaniała miasto. – Ale ja
będę na razie czekać.
– Tak, ale on wygląda na chłopaka,
w którym wciąż tkwi nadzieja. Myślą, że bycie niewidomym to bardzo duży ciężar.
Nie widziałem w nim zmartwienia. Wiesz jak długo z tym walczy?
– Od niedawna – przeniosła wzrok na
ojca. – Od niedawna jest niewidomy i uczy się z tym żyć. Każdy jego krok bez
niczyjej pomocy to postęp. Nie mam pojęcia jak mocną trzeba mieć psychikę, by
przeżyć nagle taką sytuację.
– Nawet niewidomy może być szczerze
szczęśliwy – uśmiechnął się do niej.
Nanette wpatrywała się w tatę przed
dłuższy czas. Powtarzała w głowie jego ostatnie słowa, które zrobiły na niej
największe wrażenie. Ojciec miał tendencje do chowania w sobie opinii na temat
innych. Była zaskoczona, ponieważ nie znał Louisa zbyt długo, tudzież jeden
dzień, a tak dobrze umiał go ocenić.
– Kocham cię, tato – kiwnęła głową
i przysiadła obok mężczyzny, uważając na suknię. – Za to, że jesteś i wiesz
kiedy, co powiedzieć. Chciałbym, abyś mi pomógł.
– Zrobię wszystko – uśmiechnął się,
a w kącikach jego oczu pojawiły się zmarszczki. – Czym mogę służyć?
– Tato, przestań – zaśmiała się. –
Widzisz, chodzi o dokumenty. Louis ich potrzebuje. Nie jest zamodelowany, nie
ma żadnych praw. Po prostu nie istnieje jako obywatel Hiszpanii – wyznała
wiedząc, że do ojca może mieć nieskończone zaufanie. Nigdy jej nie zawiódł. To
duży powód.
Pan Elvador potarł palcami
podbródek, zamyślając się. Była pewna, że już zgodził się pomóc. Teraz wyglądał
tak, jakby myślał nad rozwiązaniem.
– Więc potrzebuję jego
wcześniejszych dokumentów – stwierdził po chwili i wstał.
– Załatwię – przytaknęła, czując
ulgę. Kolejna sprawa, która mogła ułatwić życie Lou. – Dziękuję, tato.
– Ależ nie ma za co. Miło wieczoru
w towarzystwie Louisa i pięknej muzyki – pochylił się i ucałował córkę w czoło.
Uśmiechała się, patrząc jak ojciec
opuszcza pokój. Och tak. Zdecydowanie to będzie udany wieczór. Z tym
przeczuciem dokończyła się szykować.
[1] Adele –
Hello.
Witam na dziesiątym rozdziale. Trochę mi smutno, ponieważ tak was dużo, a tak mało komentarzy. Wolałabym, abyście pisali, co sądzicie. Chcę zrozumieć wasze poglądy, chcę znać wasze opinie. Proszę?